Żelazo w ciszy i spokoju wykuwane – road to Ironman.

 

W życiu czasem warto odkładać marzenia

Moje pierwsze styki z triathlonem, bardzo delikatne i subtelne miały miejsce w 1. klasie gimnazjum, podczas naboru do sekcji triathlonowej KT Żywiec – żywieckiego klubu triathlonowego – odpadłem w przedbiegach – bałem się widoku krwi, a przed zapisami pobierali ją do badań.
Krwi się dalej boję, mdleję przy jej pobieraniu – ale tym razem się przemogłem 🙂
Z zazdrością patrzyłem jak koledzy opowiadają o treningach, czasami z Arkiem wyszedłem pobiegać, trochę żałowałem, że się nie przemogłem, a z drugiej strony nie lubiłem pływać i kiedy koledzy  opowiadali, jakie jednostki realizowali na basenie, albo jak wymiotowali w parku podczas interwałów – cieszyłem się, że nie musiałem tak cierpieć.

Till I collapse

Kolejna styczność z triathlonem to rok 2011. Wtedy trafiłem na motywacyjny filmik z Ironmana  z podkładem Eminema – till I collapse. Byłem wtedy na  studiach, dość trudnym dla mnie okresie – z poczucia frustracji i beznadziei – zacząłem biegać – mój pierwszy trening 28 marca 2011 pamiętam do dzisiaj – pobiegłem wtedy wokół krakowskich Błonii – było to może 5 km w totalu, pamietam, ze przez 2 tygodnie bardzo mnie bolały nogi, non stop zakwasy i ból, ale till i collapse brzmiał cały czas w uszach i serce mocno biło.


Wtedy już rodził się pomysł zrobienia kiedyś Ironmana – zacząłem się bawić w pseudo treningi zakładkowe – jeździłem z Żywca do Krakowa na rowerze zamiast autobusem, jak chodziliśmy z chłopakami z mieszkania na basen, to zawsze po basenie sobie biegałem jakieś 5-8 km – ale większego sensu to wszystko nie miało – taka po prostu walka z zapełnianiem czasu.
Przełomem było zapisanie się na maraton krakowski – stwierdziłem, że jak chcę zrobić Ironmana, to warto to podzielić na 3 lata, w pierwszym roku przebiegne maraton, w drugim roku podszlifuje kolarstwo, tak żeby przejechać 180 km,  równocześnie nauczę się pływać, a trzeci rok poświęcę na spięcie wszystkiego i wystartowanie. 

Pierwszy Maraton – Cracovia maraton 2012

Po 6 latach – decyzja.

Od tamtej decyzji mineło….7 lat.  – sam fakt podjęcia decyzji o Ironmanie w 2018 jest mega ciekawy 🙂
W październiku po roztrenowaniu zacząłem treningi biegowe z nastawieniem na kolejne starcie z Rondą dels Cims. Wyjazd do Kataru wszystko pokrzyżował – długo się zastanawiałem jaki cel obrać – był pomysł wystartowania w biegu z cyklu 4 desserts na Atacamie, był pomysł przygotowania się do płaskich biegów i pracy nad szybkością…Jednak czułem mocny przesyt bieganiem po zeszłym roku.


Potrzebowałem odpoczynku i odskoczni w coś nowego – napisałem Marcinowi, że może by tak Ironmana w tym roku zrobić? Marcin z entuzjazmem zareagował, że jasne – przygotował już kilku zawodników, którzy zakwalifikowali się na Hawaje, więc zapisałem się na najpóźniejsze zawody, jakie w Europie były, aby mieć w miarę dużo czasu na przygotowanie i jazda z treningiem.

Ciężkie początki:

Pierwszy trening na basenie to był dramat – w godzinę przepłynąłem 1300 metrów. Nie potrafiłem dwóch długości w ciągu przepłynąć kraulem – płynąłem w jedną stronę kraulem, w drugą żabą i takie mini interwały – z treningu na trening było co raz lepiej. Jako, że miałem basen w hotelu w Doha – bywały tygodnie, że pływałem 5 razy w tygodniu – oglądałem dużo filmików, robiłem trochę ćwiczeń technicznych – ale generalnie pływałem i pływałem -> progress był bardzo powolny, ale był – po 2 miesiącach udało mi się pierwsze 3 km w godzinę przepłynąć w ciągu – chociaż nie było to spokojne rozpływanie 🙂

W Doha problemem był rower – chciałem kupić czem prędzej szosę, bo drogi i pogoda na rower jest tam całą zimę idealna, ale jest mega niebezpiecznie. Doczaiłem grupę rowerową, która nawet przyjęła mnie w swoje szeregi – umawiali się kilka razy w tygodniu, zamawiali dwie eskortujące taksówki i chodzili na trening z taką eskortą – to było jedyne bezpieczne rozwiązanie, które minimalizowało ryzyko spotkania się na drodze z rozpędzonym maserati.


Jednak w momencie, kiedy juz zacząłem rozglądać się za rowerem – przyszła informacja, że wracam do polski.
Trening rowerowy w 100 % w zimie zrealizowałem na siłowniowym trenażerze – było tego bardzo dużo, czasami 5-6 jednostek rowerowych w tygodniu, gdzie najkrótsza trwała 90 minut, dzięki Bogu był Netflix – oglądnąłem chyba wszystkie zaległe filmy i seriale.

 

Nie miałem pojęcia ani punktu odniesienia, jak wygląda mój poziom formy rowerowej – z jednej strony pomiar mocy na spinerze coś tam pokazywał, a z drugiej strony nie miałem pojęcia czy te Waty są zgodne z rzeczywistością.  Zrobiłem sobie pseudo test FTP, żeby mniej więcej wiedzieć na jakich mocach jeździć i tak jeździłem te pare miesięcy, spokojne rozjazdy na 220-230 W, akcenty długie (takie coś jak drugi zakres) na 260-280, a mocne i krótkie na 350 albo więcej -> jakoś się to hulało do przodu.

 

Ale ciągle nie wyobrażałem sobie, jak można cisnąć przez 5 godzin po te 260-270 Watów…

Bieganie – bieganie bawiąc się równocześnie w pływanie i rowerowanie, stało się jakoś tak bardziej męczące. Tempa o dziwo były mocniejsze niż wcześniej, ale podejrzewałem, że wynika to z tego, że w Doha jest nisko, inna wilgotność – mimo, że biegało mi się bardzo ciężko, to tempa były fajne – pamiętam jeden trening – 3x 5km drugiego zakresu, średnie tempo 3:53 min/km – petarda.
Z drugiej strony była cała masa treningów, które skracałem, na których sie zatrzymywałem i musiałem usiąść, położyć się – pamiętam jeden trening – 10 km drugiego zakresu, który robiłem na stadionie – skończyłem po 4 km – myślałem, że zemdleję. Były biegi z narastającą prędkością w ramach zakładek – Marcin wymyślał całą gamę ciężkich i na prawde trudnych treningów.

Trenowałem dużo, nawet bardzo dużo – po 14- 20 godzin w tygodniu. każdy weekend to były dwie zakładki – jedna zakładka to był taki mini triathlon -> godzina w basenie + rower + bieganie, a druga to już sam rower i bieganie, ale zazwyczaj w konfiguracji : 3 godz roweru + 1 godz biegu, 2+2, albo 1+2. Tutaj musze dodać, że większość treningów biegowych, ze względu na temperature robiłem na bieżni mechanicznej – dzięki Bogu na siłowni był Josephito, który dbał o porządek  – jak tylko widział, że przychodze na siłownie to ustawiał potykacze informujące o mokrej podłodze i szykował mopa.

Ostatni trening w Doha, to było 12 x 1 km w tempie 3:30 min/km – moc powoli się budowała 🙂


Powrót do Polski – pierwszy sprawdzian.

Po powrocie do Polski wystartowałem w Diablaku – żeby zobaczyć o co w ogóle biega w tym triathlonie. Mega pozytywnie zaskoczyłem się pływaniem – liczyłem na czas ok. 40 minut a przepłynąłem w 35, przed zawodami przejechałem z 10 razy trasę pętli, na której są rozgrywane zawody, więc mniej więcej potrafiłem oszacowac swoje możliwości – liczyłem na ok. 3:15, przejechałem w 3:09 (90 km i 1600 m przewyższenia). 

Bieg natomiast to był dramat godny przemilczenia. Byłem zbyt słabo przygotowany rowerowo, żeby pobiec na w miarę przyzwoitym poziomie.


Wnioski zostały wdrożone i postawiłem bardziej na trening rowerowy – praktycznie każdy weekend to dłuższa wycieczka rowerowa, była nawet taka na 200 km, a krótsze – po 150, 120 km starałem się robić na w miare przywoitym tempie.

Hypoint

 

Na 2,5 miesiąca przed Ironmanem zacząłem chodzić do hypointu – to taka komora hipoksyjna, która imituje warunki wysokogórskie – mam to szczęście, że pracuję 200 m od hypointu – wykupiłem tam 12 wejść i 2 razy w tygodniu przez połowę lipca i sierpnia uczęszczałem i mordowałem się – te półtora miesiąca były dla mnie mega ciężkie. 


Przez hipoksję gorzej spałem, czułem się mniej zregenerowany – były momenty, że siadała mi już psycha – najgorsze było to, że w komorze trzeba robić mocne akcenty, aby to miało jakikolwiek wpływ – a akcent na 4000 m.n.p.m okropnie boli.

Wchodząc do komory przez pierwsze 10 minut rozgrzewki kręci się w głowie, a kiedy trzeba przyłożyć do pieca – robi się naprawdę słabo i czasami odcina. Takie tortury fundowałem sobie 2 razy w tygodniu z nadzieją, że końcem września forma wystrzeli w górę.

Dzisiaj jestem już na ostatniej prostej – z jednej strony nie mogę doczekać się startu – wiem, że jestem w formie, co pokazują ostatnie trenigi, wiem, że za 2 tygodnie, kiedy hipoksja będzie miała największy efekt, kiedy będę wypoczęty – uda nie będą bolały – będzie jeszcze lepiej.
Ale z drugiej strony czuję się już mega zmęczony i wyczerpany tymi 8 miesiącami treningu 🙂

Ile trenowałem?

Ciągle miałem wrażenie, że trenowałem za mało jak na wyzwanie, które zaplanowałem podjąć. Moja objętość treningowa wahała się pomiędzy 13- 20 godzinami treningowymi.
Raczej mniej niż 13 godzin nie bywało (chociaż w zeszłym tygodniu osiągnałem rekord – tylko 9 godzin), co mnie zdziwiło na początku – gdybym poświęcił tylko bieganiu ten czas – na pewno bym się przetrenował, trenując trzy dyscypliny człowiek jakoś mniej to zmęczenie czuje.
Nie robiłem dokładnych statystyk, ile procentowo czasu poświęcałem na każdą dyscyplinę, ale z dużego obrazka wygląda to tak, że pływaniu poświęcałem minimalną ilość czasu – wystarczyły dwie, czasami jedna jednostka w tygodniu.
Pływam na obecnie zadowalającym mnie poziomie – ostatni sprawdzian na 3800 m open water zdałem w czasie 1:05 – myślę, że wystarczy na to, aby popłynąć w miarę dobrze jak na moje skromne pływackie możliwości.

Najwięcej czasu poświęcałem na rower – były tygodnie, że miałem 6 treningów rowerowych, to jest dyscyplina, która trwa najdłużej i nie ukrywam – najbardziej pewny w niej się czuję.
Z czasem zakupiłem rower czasowy z pomiarem mocy – na długich wycieczkach rowerowych osiągałem  średnią moc w okolicach 300 Watów – co daje jakieś 3,5 W/kg, co chyba nie jest najgorszym wynikiem – planuję na zawodach utrzymywać moc pomiędzy 270 – 280 W, nie mam pojęcia jaką da to prędkość, ponieważ trasa we Włoszech jest wybitnie płaska ( 700 m przewyższenia na 180 km),   a ja nic takiego koło domu nie mam – 300 Watów na najbardziej płaskiej  pętli w okolicy (110 km z tysiakiem przewyższenia i  ostrymi zakrętami na zjazdach)  dawało średnią 34 km/h, więc może coś w tych okolicach uda się pojechać. 

Nie robiłem zbyt dużo długich treningów – jedna wycieczka mająca 200 km, jedna 150 km (ale troche gorek było), standardowo w weekend jeździłem pętlę diablakową ( 90 km 1600 przewyższenia), albo wspominaną 110 km pętlę. W tygodniu, kiedy przebywam w krakowie praktycznie wszystkie treningi realizowałem na trenażerze na balkonie.

Bieganie:

Bieganie to jest wielka niewiadoma. Z jednej strony moje tempa rozbiegań są  mocne, bo biegam je po ok. 4:25 min/km, drugie zakresy poniżej 4 min/km, trzecie zakresy po 3:20 min/km.
Cyferki wyglądają ładnie, ale komfort biegania i samopoczucie mogą ocenić ci, co mnie obserwują na stravie – gdzie co drugi trening opisywałem jako „samopoczucie dramat” „biegało się tragicznie”. Niejednokrotnie musiałem przerywać trening w połowie, nie pamiętam tygodnia, żebym przebiegł więcej niż 60 km. Bieganie wybitnie mi nie idzie w tym sezonie.


Tej dyscypliny najbardziej się boję – nie mam pojęcia na jakie tempo mogę się nastawiać na zawodach, zakładki biegałem na tempach 4:15 – 4:20 – ale nie przejechałem nigdy więcej niż 100 km w ramach zakładki – 180 km roweru, po prawie 4 km pływania to jest dla mnie niezbadana dotąd przestrzeń wysiłku – mam nadzieję, że nie będzie aż tak bolało, na co się nastawiam.

Psycha i żywienie.

To jest według mnie czwarta dyscyplina w triathlonie (pomijam strefę zmian, bo tutaj czas strefy zmian jest infinitezymalnie mały).
Tutaj liczę na to, że moje doświadczenia z biegów ultra zaprocentują. Każdy długi trening na rowerze, każde bieganie starałem się realizować tak, aby stosować planowaną na zawodach strategię żywieniową – piłem co 15 min, jadlem co 40 – co godzinę na rowerze coś bardziej treściwego. O  żywienie jestem spokojny.

Psycha – tutaj myślę,że też jest ok. W biegach ultra psycha mi siadała, ponieważ  często narzucałem na siebie nierealne oczekiwania i w momencie, kiedy nie wychodziło – mój wewnętrzny perfekcjonizm i idealizm zaczął się buntować i generalnie siał spustoszenie w pokładach motywacji.
Tutaj jest inaczej – ironman to dla mnie coś zupełnie nowego, nieznanego i nieskażonego oczekiwaniami.  Jedynym moim oczekiwaniem jest ukończenie – nie ważne, czy ukończę w 10:00, 10:00 czy 13:00 – będę zadowolony i szczęśliwy jeśli dam z siebie wszystko.

Zostały ostatnie 2 tygodnie – ostatnie szlify, serwis roweru, pakowanie się i zbieranie motywacji do walki 🙂
Trzymajcie proszę kciuki!


  • Warning: Creating default object from empty value in /home/pkartur/ftp/triszerpa/triszerpa/triszerpa/wp-includes/comment-template.php on line 1057
    Anonim
    Anonim at |

    Warning: Creating default object from empty value in /home/pkartur/ftp/triszerpa/triszerpa/triszerpa/wp-includes/comment-template.php on line 1057
  • Jeśli masz ochotę otrzymywać mailowo informację o nowych wpisach,  recenzjach, relacjach z zawodów czy poradach - zapraszam Cię serdecznie do wpisania się na ten newsletter - będziesz na bieżąco. Obiecuję dostarczać Ci informacje związane jedynie z tematyką tego bloga, a jeśli coś będzie Ci nie odpowiadało - możesz z każdej chwili anulować subskrypcję :)

    Wyślij mi powiadomienie (Możesz odwołać subskrypcję w każdym momencie).