Ironman Emilia Romagna 2018 – relacja.

Stojąc na plaży w Cervii przed startem Ironman Emilia Romagna 2018 pośród prawie 3 tysięcznego tłumu  brzmiało w głośnikach głośne Thunderstuck grane przez AC/DC

Sound of the drums

Beatin’ in my heart

The thunder of guns

Tore me apart

You’ve been

Thunderstruck

To był moment, kiedy ciary przeleciały po plecach, a w oczach pojawiły się łzy – na co dzień nie ma czasu na okazywanie swojej wrażliwości – ale tutaj, w miejscu w którym tak bardzo chciałem być i od tylu lat chodziło to za mną – nie dało się pohamować wzruszenia i radości.

DCIM100GOPROGOPR0648.JPG

Dopiąłem swego – mimo, że jeszcze 8 miesięcy temu nie umiałem przepłynąć 100 m kraulem w ciągu, w kwietniu miałem pierwszy raz w życiu buty spd na noach, pozycja aero kojarzyła mi się z popularnymi i umiłowanymi przeze mnie ciastkami a pianka kojarzyła mi się tylko z tą na cieście.

 

Stałem na starcie Ironmana – tak jak sobie wymarzyłem

nie żadnego pseudo ironmana w Mutnem, gdzie startuje 4 zawodników – tylko prawdziwego oryginalnego Ironmana, gdzie stało prawie 3 tysiące zawodników, wśród których większość wyglądała na wygłodzonych i wyssanych z tłuszczu i głodnych walki przez kilka(naście) następnych godzin !

Start.

Sam start był bardzo długi – najpierw elita mężczyzn, elita kobiet, a później my – czyli szary plebs Age-grouperów, którzy startowali 6-tkami co pięć sekund.

Dzień przed zawodami na odprawie nie wiedzieliśmy jeszcze, czy będziemy pływać w piankach czy bez – temperatura wody ponad 25 stopni (czyli na granicy zakazu pływania w piankach), jednak w cervii  w wodzie było sporo meduz i to był jeden z argumentów za tym, aby jednak pływać w piankach – komunikat miał być podany rano o godzinie 6-tej.

Dla mnie – bardzo kiepskiego pływaka była to ogromnie ważna wiadomość – liczyłem, że pływanie bez pianki to dodatkowe 10 min w wodzie.

O 6-rano padł komunikat – zawodnicy PRO płyną bez pianek – Plebs płynie w piankach. Przez całą wioskę rozwlekły się gromkie brawa – ja się ucieszyłem, choć nie wiedziałem tak na prawdę jakie to niesie za sobą konsekwencje.

 

Po wejściu do wody zacząłem robić swoje – pierwsze minuty wody to zderzenie się z okropnie słoną wodą i jak zawsze mega męka przez pierwsze 700-800 metrów zanim się rozgrzeję – zaczęło mi się fajnie płynąć, po chwili poczułem wibracje na ręce – minęliśmy pierwszy kilometr.

Po pierwszym kilometrze uświadomiłem sobie w co się wpakowałem – zaczęło się robić mega ciepło, słona woda piekła w usta, co chwilę jakaś meduza zaplątała się i prześlizgiwała się między rękami/nogami, dwa razy dostałem łokciem w głowę – ale cały czas do przodu, bojka za bojką.

Po dwóch kilometrach było mi tak ciepło, że co jakieś 10 cykli odginałem piankę pod szyją, żeby nalała mi się woda do środka stroju i schłodziła, po ponad 2 km było wyjście australijskie i dobieg na drugą pętlę – tutaj już postanowiłem zwolnić – miałem cały czas w głowie incydent, kiedy poszedłem w piance na basen  i po ciężkim treningu dochodziłem do siebie 10 min leżąc z mroczkami przed oczyma pod zimnym prysznicem – z przegrzania.

Wolałem stracić minutę/dwie na pływaniu niż przegrzać się.

Po drodze kilka razy zachłysnąłem się wodą – uczucie było obrzydliwe i cudem nie zostawiłem śniadania w Adriatyku.

Na szczęście udało się jakoś to przepłynąć – czas 1:10 – jest ok!

Momentalnie ściągnąłem górę pianki i będąc jeszcze w wodzie chlapałem się i studziłem – było naprawdę ciepło.

Czekał nas dobieg do T1 i rower – zegarek zmierzył mi 1100 metów – stąd taki długi czas zmiany – 6 minut, w namiocie szybko ściągnąłem piankę, otarłem twarz zostawionym ręcznikiem, ubrałem kask, okulary, numerek i jazda po rower.

Rower.

Sam rower to nudne 5 godzin z hakiem, podczas których trzeba było pilnować picia, jedzenia i tego żeby nie draftować.

Sama trasa była ultra płaska – z jedną małą górką w połowie pętli – nie było żadnych widoków ani efektu wow – wiele osób, które tu startowały wspominały o tym, że trasa jest przepiękna, że jakieś pelikany, piękne pola itd – niestety trenując w tak pięknej okolicy, w jakiej mam przyjemość i startując w biegach górskich moje poczucie estetyki natury ma trochę większe wymagania – ale to dobrze, nie było okazji na odwracanie uwagi, tylko można było się w 100 % skupić na jeździe.

 

Po wyjściu z wody bolał mnie coś brzuch – podejrzewam, że to z tej słonej wody, którą wypiłem – przez długi czas zastanawiałem się czy nie spróbować zwymiotować i pozbyć się tego ustrojstwa – ale bałem sie dyskwalifikacji (nie wiedziałem, czy wymiotowanie na trasie zalicza tak samo jak sikanie, za co była dyskwalifikacja).

Przez pierwsze 40 km jechałem bardzo spokojnym tempem – 32 – 33 km/h, ciągle z lewej strony byłem wyprzedzany przez peleton z zawodnikami, którzy draftowali, a ci przede mną po prawej stronie jechali te 32-33 – co jakiś czas mając okazję w dziurze między peletonami wyskakiwałem i wyprzedzałem – tak mniej więcej trwało pierwsze 40-45 km – stwierdziłem, że ok – prawie uda mi się strawić tą wodę z morza, żołądek przestanie boleć, a ja się nie podpalę i przycisnę za chwilę – mialem niskie tętno – średnia z całego roweru wyszła mi 122.

Zbliżaliśmy się do wzgórza na końcu pętli – tutaj już przez ostatnie pare km złapałem tempo – kilka 5-tek (miałem autolapy ustawione co 5 km) pomiędzy 37-38 km/h – tak chciałem przejechać całe zawody, na podjeździe wyprzedziłem ok. 40 zawodników – wszyscy jakby się zatrzymali w miejscu – a ja dopiero tutaj poczułem, że jadę swoje, od tamtego momentu aż do końca wyścigu zacząłem wyprzedzać, niestety jechałem cały czas w tłumie i każde wyprzedzanie wiązało się ze zmianą tempa na ok. 40-42 km/h żeby wyprzedzić grupkę 5-6 osób.

Pierwszą pętlę przejechałem w 2:38 – 8 minut straty względem planu – wiedziałem, że już tego na drugiej nie odrobię, bo musiałbym jechać koło 38-39 km/h średnią – a to było niemożliwe w tym dniu.

Druga pętla to już powoli pierwsze dolegliwości – ciągły upał – piłem dużo, na każdym punkcie brałem dwa bidony z izo 0.7 litra – jeden chowałem do koszyka z tyłu, drugi od razu wlewałem do torpedo na kierownicy, a później bralem trzeci z wodą – polowe wody wylewalem na siebie, a połowę od razu wypijałem. Na trasie w sumie było 8 punktów – z moich kalkulacji wynika, że wypiłem na rowerze ok 10 litrów płynów – było mega ciepło, po polaniu się wodą mój strój po paru minutach robił się suchy a po chwili robił się cały biały od soli.

Oprócz picia izo i wody – miałem w bidonie rozrobione żele – do bidonu weszło w sumie 14 żeli High-5, rozcieńczonych z wodą – wystarczyło mi to na ok 120 km trasy, oprócz tego miałem jeszcze schowane 4 żele i dwa batony – wszystko zjadłem + 2 banany.  Co godzinę jadłem 2-3 tabletki soli (w sumie 12).

Reasumując żywienie:

Wypiłem 10 litrów izo i wody.

Zjadłem:  18 żeli

Zjadłem: 2 batony

Zjadłem: 2 połówki banana.

Nie miałem przez żaden moment kryzysu energetycznego, zjazdu ani żadnych skurczy czy spadku motywacji . Myślę, że wynikało to po prostu z tego, że mega spokojnie jechałem.

Bardzo bałem się podpalić na rowerze i mimo,że wiedziałem, że jadę dużo poniżej założonej mocy, to głowa nie pozwalała się rozpędzić – za dużo cierpiałem na diablaku przez za mocny rower i na innych zawodach przez za mocny początek – do tego ten upał dawał się we znaki nawet na rowerze.

Gdzieś od początku roweru zacząłem mieć problemy z zegarkiem – najpierw przestał pokazywać moc, albo pokazywał połowę (może nie skomunikował się z jednym pedałem? ) i musiałem mnożyć moc przez dwa, później od drugiej pętli przestał pokazywać tętno – zwiesił się na 122 i tak do końca roweru, a na 170 km zaczął mi pikać że bateria się wyczerpuje – zostało mi 20 %, mimo, że rano był naładowany na 100 % – szybko przełączyłem próbkowanie na 5-cio sekundowe i jechalem dalej, nie pozwalając wytrącić się z równowagi. Poszły może tylko dwie, trzy „jeb**ne k**wa suunto”.

Po tym incydencie ostatecznie zdecydowałem się na zakończenie współpracy z moim Suunto Spartanem, ten zegarek od zawsze stwarzał problemy – czego uwieńczeniem było danie ciała na najważniejszych zawodach.

Miałem startować z Ambitem Peakiem, ale pożyczyłem go Sylwii, która przygotowuje się do maratonu. Suunto Ambit Peak to wg mnie najlepszy zegarek ever, nie wiem co mnie pokusiło, że wziąłem tego Spartana – ale mniejsza o to – maluję go na zielono i wyrzucam het do lasu.

Pod koniec drugiej pętli zacząłem czuć zmęczenie  i spadek motywacji, tempo spadło – ostatecznie rower przejechałem w 5:25 – czyli drugą pętlę pojechałem wolniej niż pierwszą – miałem w totalu 20 minut w plecy wobec planu (plan to było złamanie 10 godzin).

Bieg:

Żeby złamać 10 godzin trzeba było pobiec maraton tylko w 3:30 – dawało to tempo 5 min/km.

Tempo moich rozbiegań to 4:30 min/km, więc niby pestka.

Ponieważ nie czułem mocy w nogach i schodząc z roweru poczułem jak mnie słońce aż parzy – zrewidowałem swoje plany i postanowiłem biec spokojnie – na punktach wrzucać na siebie maksymalnie dużo wody i lodu – czyli strategia następująca: biegnę – na punktach przechodzę do marszu – ładuję na siebie co się da i biegnę dalej.

 

Na każdym punkcie wrzucałem jakieś 4-5 kubków lodu pod strój (przez co na zdjęciu wyglądam jakbym miał wielki brzuch) – lód prawie przez te 2-3 km między punktami zdążył się stopić – na punktach piłem izo, colę i redbulla – na każdym punkcie wypijałem ok 3 kubki, czyli z 300 ml – było 5 punktów na pętli – 4 pętle w sumie, nie pamiętam, abym opuścił krótykolwiek punkt – więc wypiłem ok. 6-7 litrów na bieganiu.

Z biegania pamiętam tyle, że było mi okropnie gorąco i strasznie chciało mi się pić – wybiegając z jednego punktu odliczałem do drugiego. Pierwsze dwie pętle przebiegłem w miarę ok, ale dwie następne to była totalna męka – zacząłem czuć coś w rodzaju kolki – podejrzewam, że wypiłem za dużo i miałem pełny żoładek, a z drugiej strony ciągle czułem pragnienie.

Maraton to był dramat w moim wykonaniu i nie mam co więcej tu pisać jak – dałem ciała. Wstyd mi za ten wynik i styl w jakim go przebieg…ekhm przeszedłem.

W sumie wyszło 4:05 – dramat, bida, rozczarowanie i szarośc pariasa. Do spowiedzi i otruć !

No ale skończmy biadolenie – dobiegłem do mety – ostatnie 5 km to była radość, satysfakcja i zaciesz 🙂

Dobiegłem do mety – wypiłem od razu piwo, poszedłem się wykąpać do hotelu i poszliśmy świętować, świętowanie zakończyliśmy grupo po północy witając ostatnich zawodników na mecie !

Mega sie cieszyłem – mimo, że mój wynik jest całkiem przeciętny – celem było samo ukończenie w zdrowiu Ironmana, to czy będzie to sub 10 h, sub 11 czy nawet sub 12 – to była drugorzędna sprawa. 

Ostatnie lata to była z mojej strony wielka frustracja i niezadowolenie z zawodów, odnioslem sporo porażek (Andorra dwa razy, Ultra Pirineu), które były porażkami, ponieważ podnosiłem sobie zbyt wysoko poprzeczkę – wierzyłem, że ciężkim treningiem mogę osiągnąć wiele.
Niestety chciałem za dużo i za szybko – nastawiałem się na rezultaty powyżej moich możliwości, z czego wynikało później głębokie poczucie niezrealizowania celu, a w efekcie wypalenie się bieganiem.
Tak – rok temu wracając z Andorry nie mogłem patrzyć się na buty biegowe, a pierwsze treningi w pażdzierniku po roztrenowaniu to była często męka i zero radości.

W tym roku udało mi się zmienić podejście, stąd tak mega się bawię triathlonem i cieszę z ukończenia Ironmana, mimo, że wielu estymowało moje możliwości na wynik poniżej 10 godzin i nie ukrywam – taki był cel czasowy – ale nie miałem takiego parcia jak wcześniej.

Jednak warto z tego startu wyciągnąć wnioski i zastanowić się, skoro według wielu złamanie 10 godzin miało być tylko formalnością – pokuszę się na analizę, dlaczego nie wyszło i co zagrało/nie zagrało – poniżej spiszę kilka błędów, które sam wyłapałem i przyczyn z których wynika mój wynik. 

  1. Miejsce zawodów – sam fakt, że startowałem w bardzo gorącym miejscu powinien zapalić czewoną lampkę.
    Zapisując się w styczniu na zawody – byłem w Qatarze, gdzie panowały temperatury między 35-40 stopni, a zapowiadało się więcej. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że wrócę na stałę do polski w kwietniu – z tamtego punktu widzenia, 35 stopniowy upał nie był upałem 🙂
    Jednak znając moje zamiłowanie do upałów oraz retencję wody – upał jest dla mnie zabójstwem.
    Wychodząc na treningi w lecie, potrafiłem wypocić 2 litry na krótkim godzinnym ale intensywnym treningu, a pod trenażerem zawsze była kałuża z mojego potu.Po prostu źle funkcjonuję w wysokich temperaturach – myślę, że wynika to raz z mojej wagi, a dwa z tego, że mam dość sporo mięśni, które się grzeją i potrzebują ochłodzenia. 
  2.   Waga i skład ciała – to jest moja kula u nogi od najmłodszch lat – jak widzicie na zdjęciach, jestem upasiony jak świnia i nie umiem tego zmienić. Dieta i jedzenie to jest moja największa słabość, nie potrafię nie zjeść podwójnego obiadu na stołówce, a jak jestem na imprezie rodzinnej to nie umiem się powstrzymać od zjedzenia ciastka, stejka, sałatki, galaretki i wszystkiego co jest na stole.  Nie wiem, czy to jest jakaś forma uzależnienia – męczy mnie to ogromnie i frustruje – co roku startuję z postanowieniem redukcji, współpracowałem nawet z dietetykami – ale co z tego, że ja zawsze jestem głodny i nawet jak zjem 3 tys kcal, to mam mega ochotę na ciastka, chipsy, lody i pizzę.
    Mam tą przypadłość od dziecka – zawsze pożerałem ogromne ilości jedzenia – podejrzewam, że mógł mi się zepsuć czujnik od sytości, albo mam fabryczny błąd i go nie mam 🙂
    Niemniej ważyłem przed zawodami 84 kg – mój Bf to jakieś 11 %,  rzez pływanie dość mocno urosła mi góra, a od rowera mam jeszcze większe uda – nie pomagało to na zawodach.
    Na przyszły rok może pójdę na jakąś operację pomniejszenia żołądka.
  3. Profil trasy – kolejnym powodem/błędem było zapisanie się na totalnie płaskie zawody. Profil trasy był płaski jak stół – był tylko jeden mały podjazd na pętli, na tym podjeździe czułem się najlepiej na całej trasie, bo mogłem bez wyrzutów sumienia jechać w górnym chwycie 🙂
    A tak serio – chodzi mi o to, że treningi na których jeździłem – nie były płaskie. Jeździłem na dwóch pętlach – pętli Diablakowej (90 km i 1600 m przewyższenia) i na drugiej bardziej płaskiej  do Namestowa przez glinkę i powrót przez Korbielów – tam już na 110 km było tylko 1000 m przewyższenia – w mojej definicji była to płaska trasa, ale to co zobaczyłem we Włoszech przerosło moje wszelkie oczekiwania. Na moich treningach, płaskie framenty, to było może 30 % trasy, z czego większość była przez miasto/wioski, więc nie dało się trzymać stałego tempa/mocy – pod koniec przygotowań jeździłem sobie na trasie : Rondo w Węgierskiej Górce – Rondo w Milówce, tam można było wejść w stały rytm, ale to tylko 17 km w jedną stronę, do tego jest kilka skrzyżowań i miejsc, gdzie trzeba zwolnić i zwiększyć koncentrację.
    We włoszech charakter trasy jest taki, że ciśnie się stałym tempem przez prawie całe zawody, a ja na treningach miałem wysiłek interwałowy: Podjazd na mocy powyżej 400 W przez 20 minut, potem zjazd i odpoczynek, potem znowu podjazd i zjazd – i tak przez cały trening, do tego podjazd w pozycji górnej albo nawet stojąc – tutaj przechodzimy do punktu numer 4.
  4. Pozycja aero – Trasa we Wloszech wymagała w 95% jazdy w pozycji aero, w moim przypadku było to może 50% trasy – stąd może też problemy z żołądkiem na biegu. Nie byłem w stanie jechać większości trasy w tej pozycji.Wynika to z dwóch rzeczy: rower czasowy mam dopiero od lipca – dwa miesiące to za mało, zeby nauczyć się przejechać 180 km w pozycji czasowej z dużą mocą – pracują inne mięśnie niż na szosie, plecy się nie zdążyły wzmocnić i cały core też.   Treningi na których jeździłem nie wymagały pozycji czasowej – nie da się jechać na 15% podjeździe pod glinkę w pozycji aero z kadencją 50 – to samo na zjazdach – nie potrafię jechać w pozycji aero – mówi się,że nie powinno się hamować na zjazdach – ale to jeszcze nie mój poziom i nie umiem wchodzić w zakręty na salmopolu z prędkością 50 km/h. Na trenażerze starałem się jak najwięcej jechać w pozycji aero ze stałą mocą, ale to były krótkie treningi – do 90 min. 5.
  5.  Błąd w żywieniu – o ile na rowerze strategia żywieniowa i picie było w 100 % poprawne, to na biegu już nie. To, że mnie tak ścięło na bieganiu i bolał mnie brzuch wynika w 40 % wg mnie z tego, że za dużo piłem – na każdym punkcie ładowałem w siebie colę, redbulla, i izo. W pewnym momencie miałem już tak pełny brzuch, że czułem się jak beczka salcesonu. Powinienem mniej pić, bo mój organizm nie nadążał z przyswajaniem tego, co ładowałem do brzucha. 
  6. Psychikagdybym miał wolę walki i nie odpuścił, myślę, że bieganie i rower poszłyby dużo lepiej – na rowerze bałem się podpalenia i hamowałem się dość długo, a na bieganiu po prostu w pewnym momencie brakło mi woli walki – stwierdziłem, że i tak to ukończę, a to czy będzie sub 10 czy sub 11 to drugorzędna sprawa – trochę mi wstyd tego teraz i żałuję, że tak się stało. Z drugiej strony na wielu treningach odpuszczałem właśnie bieganie – robiłem krótsze treningi, bo okropnie źle się czułem, biegałem na mniejszym tempie niż zakładane – to wszystko wpłynęło na to, że na bieganiu nie dałem z siebie tyle, na ile było mnie stać – albo inaczej. Stać mnie było tyle, na ile trenowałem bieganie. Każdy odpuszczony trening (odpuszczony czyli nie taki, że się nie poszło, tylko taki, który został zrobiony niezgodnie z założeniami) ma swoje konsewencje na starcie docelowym, każde opuszczone cierpienie na treningu powoduje mniejszą wolę walki na zawodach. Ten rok to był wybitnie rok antybiegowy dla mnie – moze mialem jeden, czy dwa treningi, na których dobrze się czułem – resztę treningów biegowych można skwitować tak jak moje komentarze na stravie:  „samopoczucie beznadziejne, dramat” – oby to było dno i kolejny rok był już lepszy.
  7. Doświadczenie a raczej brak – generalnie w sumie nie ma się czego spodziewać po drugim starcie triathlonowym w życiu i pierwszym tak długim – szczególnie jeśli mowa o estymacji wyniku i nie popełnianiu błędów, które wyżej napisałem – wiele jeszcze przede mną i sporo innych błędów do popełnienia, o których nie mam teraz pojęcia – każdy start to nowe doświadczenie, nowe wnioski i  feedback, który można wdrożyć w następne starty – jestem nieco mądrzejszy – a to, czy będzie okazja wykorzystać to w przyszłości – czas pokaże 🙂

Co dalej?

Szczerze mówiąc, nie podjąłem jeszcze decyzji związanej z moją sportową przyszłością.

Z jednej strony bardzo mnie ciągnie w góry, a z drugiej strony triathlon mi się spodobał i wydaje mi się, że mam do niego lepsze predyspozycje, niż do biegów ultra – trenuję bieganie ładnych parę lat, pod opieką najlepszego ultrasa w polsce – metoda treningowa jest ok, nie opuszczałem zbyt wielu treningów – a sukcesów żadnych na tym polu nie osiągnąłem – najwidoczniej albo nie pracowałem zbyt dużo, albo nie mam ku temu predyspozycji – w triathlonie może będzie inaczej? Może moje duże uda, które generują na podjazdach 400 Watów bez zająknięcia, będą bardziej się nadawały do triathlonu niż do pływabieganiania?
Może nie jestem aż tak kiepskim pływakiem jak myślałem , skoro po 8 miesiącach treningu pływackiego przepłynąłem dystans IM w 1:10 ?

Mam kilka opcji w głowie, które ciągle są poddawane analizie: 

 1. Porzucenie triathlonu i powrót do biegów ultra: 

      Cel Główny – kolejne podejście do Rondy, oprócz tego kilka biegów w Polsce górskich.

2. Zabawa w triathlon górski

Ta opcja mi się bardzo podoba, wtedy wystartowałbym do losowania do Swissman’a , Norseman’a (oba triathlony są w bardzo znośnych dla mnie temperaturach), a jak się losowanie nie uda to wtedy naszego Diablaka – a na jesień może jakiegoś IM za granicą.
Ten punkt wydaje się najbardziej prawdopodobną decyzją, ze względu na to, że zainwestowałem już dość sporo w triathlon – wysiłku, pieniędzy i wiedzy i szkoda byłoby to zaprzepaścić po roku.

3. Połączenie triathlonu górskiego z biegami ultra.

Dwa cele: Andorra i jakiś triathlon na jesień, np. Janosik na Słowacji . Ta opcja wydaje mi się najmniej prawdopodobna, jest tylko jedna osoba w Polsce, która potrafi pogodzić bieganie na dobrym poziomie z górskimi triathlonami – Michał Rajca i jest to kosmita nie z tej ziemi, mój poziom sportowy Michałowi nie dorównuje nawet do pięt. Do tego biorąc pod uwagę moje zawodowe projekty oraz kolejne studia na które się zapisałem –  życie poza sportowe  będzie obarczone dość dużą okupacją czasową, punkt ten to takie „fajnie by było” 🙂 

 

Dziękuję, że dotarliście na koniec tego wpisu.

Na koniec – chciałem podziękować wszystkim, którzy byli zaangażowani w moje wyzwanie Ironmanowe.
Przede wszystkim tym, z którymi przebywam na codzień – rodzinie, współlokatorom, kolegom z pracy, za to, że cierpliwie znosili moje wszystkie wydziwy związane z treningiem – kręcenie na trenażerze na balkonie, wieczną okupację pralki – egzystowanie z takim człowiekiem jest dużym wyzwaniem – szczególnie dla cierpliwości.
Marcinowi Świercowi, który po pierwsze entuzjastycznie zareagował na pomysł wystartowania w Ironmanie i przygotował mnie, znosząc dzielnie moje kryzysy biegowe. 

Johnemy – autorowi większości z tych zdjęć i kamerzyście – Janek przyjechał z Turynu kibicować i wspierać mój występ – Dzięki Stary jeszcze raz za wszystko !
Oli – która najbardziej ze wszystkich przeżywała ten start, kontaktowała się z nami cały czas i bardzo  się nim interesowała – taki kibic to skarb 🙂

Wszystkim, którzy kibicowali, zmawiali zdrowaśki i śledzili mój występ – dziękuję !
Ale też tym, którzy nie wierzyli, że uda się to zrobić i wątpili w to, do czego się przyłożyłem – każda krytyka była mnie budująca i mobilizująca.

DCIM100GOPROGOPR0735.JPG

 

Firmie Primetals Technologies Poland – mega pozytywnie się zaskoczyłem, kiedy po poinformowaniu moich przełożonych o tym, że chciałbym kilka dni wolnego na wrzesień, bo jadę na Ironmana – nastąpiła lawina bardzo pozytywnych wydarzeń, w efekcie czego dostałem bardzo duże wsparcie finansowe, ale też ogromne wsparcie i doping całego zarządu firmy i kolegów z pracy. Przed zawodami wszyscy w firmie trzymali kciuki, a po zawodach wszyscy ogromnie się ze mną cieszyli – bardzo, bardzo dziękuję  🙂 

Na koniec jeszcze parę słów o sprzęcie, którego używałem:

Pływanie:

Pianka: DareToTri najtańszy model z decathlonu – bez zastrzeżeń, chociaż było w niej goraco w wodzie.

-Okularki : Speedo Futura Bioinfuse Triathlon 68 – mega fajne okularki, z polaryzacją, dobrze się trzymają mojej głowy – nic się nie wlewa – najlepsze jakie miałem.

Rower:

-Strój na rower: Castelli Sanremo Tri Suit free – mega wygodny i wysokiej jakości, jeśli będę kontunuował swoją przygodę z triathlonem, to na pewno kupię sobie wersję z rękawkami. Klasa.

-Rower : Argon E-112 na osprzecie Shimano 105, z kołami carbonowymi FFWD, na szytkach. Nie mam do argona zastrzeżeń, nie  rozsypał się, dzielnie mnie prowadził przez przygotowania

Buty : Shimano TR 5 z blokami Look – buty jak buty – ok 🙂
Pedały: Favero BePro z obustronnym pomiarem mocy, na zawodach był problem z komunikacją z zegarkiem – generalnie czesto gubi komunikację z ambitem (czasem na chwilę, czasem na dłużej), nie wiem czy to wina pomiaru czy samego Suunciaka.

Okulary: Oakley Jawbreaker Prizm Polarized – chyba nie ma co komentować – najlepsze okulary sportowe, jakie miałem na głowie. Polecam.

Bieganie:
Buty – Asics DS Trainer 22 – na początku mega niezadowolony z nich byłem, ale jak już je kupiłem to zacząłem w nich biegać i okazały się mega fajne – żadnych otarć czy innych problemów – dobry but treningowo – startowy na wolniejsze bieganie – takie idealne na maraton.
Miałem biec w Asicasch Nossa Tri, ale ten but mi akurat bardzo nie pasuje.

Zegarek: Suunto Spartan Ultra. Nie polecam tego dziadostawa nikomu. Jeśli ktoś myśli o zegarku marki Suunto, to niech kupi model Ambit 3 Peak – z paskiem HR od Polara – model H10 albo H7, bo suunto robi też okropnie badziewne paski Hr (w tym sezonie zajechałem 4 paski – głupi ja, że od razu polara nie kupiłem ).
Na przyszły sezon planuję kupić Polara Vantage V – mam nadzieję, że będę równie zadowolony, jak z Ambita 🙂

 


  • Warning: Creating default object from empty value in /home/pkartur/ftp/triszerpa/triszerpa/triszerpa/wp-includes/comment-template.php on line 1057
    Anonim
    Anonim at |

    Warning: Creating default object from empty value in /home/pkartur/ftp/triszerpa/triszerpa/triszerpa/wp-includes/comment-template.php on line 1057
  • Jeśli masz ochotę otrzymywać mailowo informację o nowych wpisach,  recenzjach, relacjach z zawodów czy poradach - zapraszam Cię serdecznie do wpisania się na ten newsletter - będziesz na bieżąco. Obiecuję dostarczać Ci informacje związane jedynie z tematyką tego bloga, a jeśli coś będzie Ci nie odpowiadało - możesz z każdej chwili anulować subskrypcję :)

    Wyślij mi powiadomienie (Możesz odwołać subskrypcję w każdym momencie).